Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/117

Ta strona została przepisana.


Żydek kiwnął głową płaczliwie.
— Nic nie mam! Wzięli wszystko! Sami rządzą! Co chcą robią!
— Więc kwaterkę wódki!
— Wódki!? Była wódka! Wszystko było! Na cały amt takiego zajazdu by nie znalazł...
— Sprzedajcie mi chleba! — przerwał niecierpliwie pułkownik.
— Nie mam!
— Jest tu druga gospoda?!
— Każdy dom jest tu gospodą, wszędzie tak samo, jak u mnie!
Łączyński zęby zacisnął i rozejrzał się po izbie. Teraz dopiero, oswoiwszy się z panującą mgłą, mógł ocenić, co się w karczmie działo.
Na ławach i pod ławami, na stołach i pod stołami, gdzie jeno można się było, jako tako rozprostować, położyć, przytulić, tam wszędzie roiło się od mundurów oficerskich. Gwar, krzyk, śmiechy, przekleństwa, groźby napełniły izbę. Bez uwagi na poszanowanie rangi, bez oglądania się na prośby, przedłożenia, kto silniejszy, ten zajmował ławę, stół, kąt i ani myślał o ustąpieniu.
Przez czas jakiś Łączyński kręcił się po izbie zagadywał do oficerów, mniemając, że jego pułkownikowskie epolety jakowąś przyniosą mu względność, lecz i tu spotkał go zawód. Wprawdzie ten i ów zniżał głos, łagodniej odpowiadał, ale swego zachowania dla rangi ani myślał posuwać aż do zrobienia Łączyńskiemu jakiego takiego miejsca.
Pułkownikowi nie pozostało nic innego, jak zarzucić tłomoczki swoje na plecy i szukać w miasteczku pomieszczenia, a w ostateczności, w pojeździe generała Hervé ranka doczekać, czy może do sztabu się zameldować.
Łączyński wyszedł z gospody i skręcił w najbliższą