Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/118

Ta strona została przepisana.


uliczkę miasteczka. Ostród drżał, dygotał, wszystkiemi szczelinami wątłych swych domostw ział kłębami pary, łunami ognia, bijącemi zewsząd, chcąc napróżno stalowe uściski mrozu rozluźnić, rozgrzać skostniałe ciała iławskich bohaterów.
Pułkownik najpierw jął szukać drugiego zajazdu, a przekonawszy się wkrótce, że w żadnym nie lepiej się dzieje, niż w pierwszym rozpoczął wędrówkę od domu do domu, od drzwi do drzwi. Te atoli na kołatanie pułkownika roztwierały się rzadko, a jeżeli uchylały się po długiem wyczekiwaniu, to na to jedynie, aby rzucić Łączyńskiemu słowa opryskliwej odprawy. Niekiedy znów, postawiony przed drzwiami szyldwach bronił pułkownikowi dostępu, niekiedy kordon cały żołnierzy otaczał domostwo, a dowodzący kordonem oficer wzruszeniem ramion odprawiał pułkownika.
W miarę tych poszukiwań, Łączyński redukował stopniowo swe wymagania. Już nie posłania szukał, nie noclegu, lecz bodaj kawałka dachu nad głową, bodaj w komorze jakiej, lub w stajni, i takiego jednak nie było w Ostródzie. Gwardje wypełniły szczelnie każdy zakamarek miasteczka, lazarety zajęły szopy, w obórkach kwaterowali nawet generałowie, nie lada trzeba było być oficerem, żeby mieć do swej dyspozycji bodaj kurnik.
Straciwszy wszelką nadzieję zdobycia noclegu, Łączyński powrócił do pierwszej gospody, decydując się na przespanie się bodaj w pojeździe generała, tu wszakże woźnicy nie znalazł. A gdy siedzących pod drzwiami maruderów jął przepytywać o woźnicę, odpowiedziano mu śmiechem.
Pułkownik do pałasza się porwał.
— Milczeć! Wstać, do pioruna!
— Daj sobie spokój, bo ciemno! — mruknął jeden z maruderów. — A hałasu nie rób, bo nie ma o co! Miał ci stangret czekać aż mu konie zjedzą!... Niechby nie umknął!...