Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/119

Ta strona została przepisana.


Łączyński ochłonął. Spojrzał ku warczącej ponuro gromadzie maruderów i cofnął się, rozumiejąc, że po nocy spotkać go może tylko nierówna rozprawa.
Noc tymczasem zapadła, pułkownik wstał. Jeszcze próbował szukać, lecz, znów odprawiony, zwątpił do reszty. Pod ścianą pierwszego z domów przysiadł i zadumał się.
Położenie pułkownika istotnie było nieznośnem, nieznośniejszem stokroć, że zostawał dotąd pod wpływem przyjęcia zaznanego w sztabie trzeciego korpusu, że nie tak wyobraził sobie swój przyjazd do Ostródu, a przecież wzdragał się przyjąć od generała Hervé listu do kapitana Flahaut, uważając dla siebie za nieprzystojne adresowanie się do jakiegoś tam oficera.
Łączyńskiemu zdawało się, że nawet do sztabu niema się czego spieszyć, ani dobijać po nocy, że dość mu będzie po dniu się zameldować do raportu, tem bardziej, iż najpierwszą rzeczą mniemał, u którego z wojskowych majsterków ogarnąć się przystojniej i dziadowski swój uniform zmienić. Miast tych rachub, miast wypocznienia, uszanowania dla swego wojskowego stopnia, nie znajdywał bodaj koleżeńskiego odezwania, uprzejmego słowa. Traktowano go jak przybłędę zgoła, jak napastnika, raz nawet zagrożono mu żandarmerją za bezprawne noszenie pułkownikowskich epoletów.
Łączyński roześmiał się gorzko. Ileby za to dał aby w tej chwili znajdował się u jednego z Chłusowiczem i Kąsinowskim ogniska, gdzie może bieda większa, lecz za to choć serce, choć otucha, bodaj chęć ulżenia doli towarzyszowi. Tu zaś jest zupełnie obcym, tu prawie do zrozumienia ma dają, że niema nic wspólnego z potężną armją, podejrzliwie spoglądając na jego epolety w lada odpowiedzi objawiają swą francuską wyższość, ba, nawet ten tam szyldwach wziął go za sasa i odesłał opryskliwie do Drezna!