Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/122

Ta strona została przepisana.


stężał. Łączyński podniósł się i jął zacierać ręce, i uszy i uderzać nogą o nogę. Rozgrzawszy się nieco, zacisnął mocniej pas na płaszczu i podniósł kołnierz, zaczem zarzucił swe węzełki i rozejrzał się dokoła.
Coś ze sobą zrobić musiał, na dworze zostać, wobec wzmagającego się ziąbu było niepodobieństwem. Jeżeli niema kąta w izbie to bodaj na kraniec miasta, do obozowiska, się zameldować, a do ognia się przysunąć.
Nagle uderzyła Łączyńskiego myśl nowa. Wszak miał raport do cesarza, nie ordynans, nie kurjerską sztafetę, lecz miał bądź co bądź zdanie sprawy! Nadto był w posiadaniu ważnych papierów, odebranych chłopu! A więc miał oczywisty tytuł do zameldowania się natychmiastowego w kancelarji sztabu cesarskiego bez służbowego zgłoszenia się w godzinach przyjęć. No, a tam, w kancelarji, przecież bodaj poczekalnię znajdzie, bodaj kilka godzin wytchnie, ranka prędzej doczeka.
Ten sposób wydał się Łączyńskiemu jedynym i najprostszym. Aż się samemu sobie zdziwił, że odrazu nań nie wpadł.
Okoliczności zdawały się sprzyjać temu zamysłowi, bo ledwie że pułkownik skręcił na lewo, szukając już teraz kogoś, ktoby mu drogę wskazał, gdy z przeciwnej strony nadjechał patrol żandarmerji.
Łączyński, nie wdając się w tłumaczenia, opowiedział się do kancelarji sztabu z raportem.
Oficer trzymający dowództwo patrolu, kazał mu iść za sobą.
W kilkanaście minut później, po minięciu dwóch kordonów straży, oficer wskazał Łączyńskiemu jednopiętrowy domek.
— Tutaj! — rzekł oschle.
Pułkownik bez namysłu wszedł do wpółoświetlonej sieni.