Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/123

Ta strona została przepisana.


— Kto? Do kogo!? — powitał Łęczyńskiego jakiś głos z głębi.
— Pułkownik sztabu cesarskiego z raportem!
— Proszę na lewo, do służbowego adjutanta!
Łączyński idąc za tą wskazówką, znalazł się w wielkim pokoju, zastawionym stołami, za którymi siedziało kilku oficerów, rozmaitej rangi, w rozpiętych napoły mundurach i rozpatrywało stosy papierów.
Rzęsiste światło, bijące od kilku świeczników i łuny, tryskające z buzującego się ognia na kominku rozkoszą przejęły Łęczyńskiego.
Pułkownik bąknęł pozdrowienie francuskie i, pocięgnięty ciepłem, przysunął się do kominka, lecz w tej że chwili rozległo się od stołu ostre zapytanie.
— Kto?! Czego?!
Łączyński podniósł hardo głowę.
— Mam raport z pod Tczewa!
— A! Proszę pozwolić!
— Pan nie jesteś szefem sztabu, ani wice szefem!
— Muszę jednak wiedzieć z czem pan przybywa!
— Z legji północnej! Raport adresowany na imię najjaśniejszego pana! Oto — jest!
Oficer, najbliżej będący Łęczyńskiego założył pióro za ucho, podniósł się nieco, aby lepiej przyjrzeć się trzymanej przez Łęczyńskiego kopercie i zawyrokował oschle.
— To nie do nas!
— Przecież tu jest biuro polowe...
— Marszałka Berthièr! — dokończył pospiesznie oficer. — Pismo zaś adresowane iść musi przez kancelarję przyboczną! To nie do nas!
— A gdzież jest kancelarja przyboczna?
— O dwa kroki stąd, obok cesarskiej kwatery! Ale teraz