Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/125

Ta strona została przepisana.


— Nie o pomoc proszę, lecz o pozwolenie przeczekania tutaj do rana!
— Tu?! W kancelarji! Ani mowy!
— Więc musi być tutaj izba ordynansowa!?
— Jest, ale nie dla pana!
— Wszystko jedno! — odrzekł z determinacją Łączyński, rozumiejąc, że go się chcą pozbyć. — Zostanę!
Oficer zamienił z kolegami znaczące spojrzenie.
— Uważam to za niemożliwe!
— A ja za nieuniknioną, przykrą konieczność!
— Panie pułkowniku, nie zechcesz chyba gwałcić przepisów!
— Ani zmarznąć na dworze!
— Zniewolisz nas do złożenia raportu!
— Jak się panu podoba!... Zostaję! Do pioruna, wezwano mnie do sztabu cesarskiego nie dlatego, bym się pod płotem z maruderami poniewierał, by mnie lada szyldwach groził aresztowaniem!
— Lecz jest na to biuro kwatermistrzowskie!
— Jutro się do niego zgłoszę!
Oficer podniósł się, odsunął niecierpliwie krzesło i spojrzał groźnie ku Łączyńskiemu.
— Panie pułkowniku! Mam honor wezwać pana do opuszczenia naszego biura!
Łączyńskim przekora wstrząsnęła.
— Bardzo żałuję, lecz stąd się nie mogę ruszyć!
— Narażasz się pan na najprzykrzejsze skutki!
— Niech i tak będzie!
Oficer ze złością osunął się na krzesło, porwał za arkusz papieru.
— Piszę do komendanta warty!
— To już pańska rzecz!