Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/127

Ta strona została przepisana.


nay! Może tymczasem mogę panu służyć czemkolwiek!? Pan pułkownik raczy nie odmówić! Tu, na prawo, mam maleńką ustroń!... Ach papiery!? Nic gwałtownego! Mamy mróz i ciszę głęboką!
Łączyński, zaskoczony tem niespodziewanem rozwiązaniem zatargu, nie umiał nawet sprostać w uprzejmości, a dworskości wytwornemu kapitanowi.
Flahaut zaś, rozumiejąc, że pułkownik może żywić jeszcze jakąś urazę, nie przestawał usprawiedliwiać się, a przesadzać w uprzejmościach.
Pułkownik ani się spostrzegł, gdy Flahaut zasadził go w wygodnym fotelu za suto zastawionym stołem.
— Proszę darować ten obozowy poczęstunek.
— Ależ panie, toż cała uczta!
— Radujemy się, jak się da! Pan pułkownik woli „bordeaux“ czy burgunda?!
— Wszystko jedno, które bliżej!
— W ręce pana pułkownika! Ach, czy się godziło powolnego swego sługę na taką narażać konfuzję!
— Nie wiedziałem, nie przypuszczałem!
— Panie pułkowniku, niema godziny, gdy mówiliśmy o panu z panem Filipem de Ségur! Pan rozumie, maréchal de logis cesarza!
— O mnie panowie mówili?
— Zapewniam pana pułkownika! Spodziewano się pana już wczoraj! Dziś rano cesarz o pana zapytywał!
Łączyński się zmieszał.
— Cesarz o mnie, chyba pan mnie bierze za kogo innego!
— Bezwątpienia, nie! Wszak to pan, panie pułkownika, dzięki fatalności, lata całe czekał na zatwierdzenie nominacji na kapitana!
— Istotnie to ja!
— Jeden dowód więcej, że mam dobre wskazówki!