Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/129

Ta strona została przepisana.


prawdy najprzyjemniejszy człowiek pod słońcem! Lecz co robić, co robić! Amicus monsieur Plato sed magis amica madame Plato!
Flahaut roześmiał się, rad ze swego konceptu.
— Kochana, droga Warszawa! Gdyby mi nie dano, było urodzić się w Paryżu, wybrałbym Warszawę!
Kapitan z całym zapałem jął wypominać dni swego pobytu w Warszawie, wyliczać, a przekręcać co najprzedniejsze nazwiska polskie, czem nareszcie zmęczył i siebie Łączyńskiego.
— Więc pan powiada, że kwatera moja jest wyznaczona! — napomknął delikatnie pułkownik.
Flahaut porwał się z miejsca.
— Służę panu! Dałem zlecenie ordynansowi! Niech pan będzie łaskaw! Mantelzaki zaniosą panu!
— Czy daleko?
— Prawie naprzeciwko cesarskiej kwatery! W sąsiedztwie duca Bassano?
— Duca Bassano?
— Tak, pana Mareta! De Ségur będzie żałował, że nie mógł towarzyszyć panu w instalacji! Chociaż w jego imieniu z góry ośmielam się przeprosić pana pułkownika, jeżeliby co nie odpowiadałoby przyzwyczajeniom!...
— Ależ czem sobie zasłużyłem?
— Obowiązek, nic nadto! Proszę tędy!...
Flahaut ruszył przodem.
Po małej chwili, Łączyński znalazł się w zbytkownie urządzonem mieszkanku, ogrzanem, rzęsiście oświetlonem, a zaopatrzonem tak dokładnie, tak wyszukanie, że od łóżka aż do gotowalni niczego tu nie brakło.
— Nie wiem, czy panu tu będzie wygodnie!
— Lecz, kapitanie, parol, że od lat takiej kwatery nie widziałem!