Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/130

Ta strona została przepisana.


— Podczas wojny musimy wymagania redukować! Proszę, tu, jest salonik do przyjęć, do którego zapraszam się, jeżeli pan pułkownik pozwoli! Tu służbowa izdebka ordynansowa! A tu i sam ordynans!
Pułkownik ze zdumieniem postrzegł wyniosłą postać żołnierza w uniformie strzelców konnych gwardji.
— Jak ci na imię?
— Jakób!
— Więc Jakób, panie pułkowniku! Teraz, pozwolę życzyć panu pułkownikowi dobrej nocy. Nie omieszkam dziś jeszcze zawiadomić pana de Ségur! Kto wie, czy jutro rano nie otrzyma pan wezwania do stawienia się u najjaśniejszego pana!
— Kapitanie! Ja — ja?!
Flahaut uśmiechnął się nieznacznie.
— Cesarz dziś zapytywał! Zresztą pan de Ségur da panu znać zawczasu!
— Ależ ja nawet przystojniejszego munduru nie mam!
Kapitan zafrasował się.
— Więc w takim razie, panie pułkowniku, trzeba go coprędzej kazać zrobić!
— Komu — gdzie!
— Tutaj! Natychmiast! Proszę to mnie zostawić! Byle pan nie odrazu układł się na spoczynek.
Łączyński, zahypnotyzowany do reszty przez kapitana, skinął przyzwalająco głową.
Flahaut zakrzątnął się tak żywo, iż w kilkanaście minut niespełna, w kwaterze pułkownika zjawiło się aż trzech krawców, którzy bez namysłu jęli miarę brać na nowy uniform, krajać przyniesione sukno i ledwie poszczepiane połcie przypasowywać.
Łączyński oczom nie wierzył. Kapitan uważał za właściwe bawić go wciąż jeszcze rozmową.