Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/131

Ta strona została przepisana.


Po godzinie roboty, najstarszy z majsterków podniósł się, przymierzył ostatni kawał sukna i skłonił się z uszanowaniem.
— Na godzinę szóstą rano będzie gotowy wielki mundur, na ósmą płaszcz, po południu mundur zwykły!
Majsterek, nie czekając na odpowiedź, skinął na towarzyszów i wyszedł z nimi.
Flahaut podniósł się także.
— Więc, panie pułkowniku za obowiązek poczytam sobie być u niego! Ale, mała niedyskrecja, czy pan pozwoli, że ja załatwię rachunek z krawcami, a następnie w wolnym czasie...
— Dziękuję najserdeczniej!
— Bo przecież w naszem życiu bywa rozmaicie!
Łączyński uścisnął serdecznie dłoń kapitana.
— Nie, nie! Jestem przy pieniądzach! Do jutra zatem, do jutra! Ale, powiedz mi, kapitanie, czemu mam przypisać to zajęcie się mną, tę pamięć o mnie!... Mówmy szczerze, te zaszczyty poprostu!
Flahaut zakłopotał się.
— Panie pułkowniku, nic nad prosty obowiązek, należne mu uszanowanie, a jeżeli pan za śmiałość nie poczyta, obecnie już i nie kłamana sympatja dla jego osoby.
Flahaut pożegnał Łączyńskiego. Pułkownik odprawił ordynansa, nie chcąc, aby był świadkiem rozkładania chudych mantelzaków i rzucił się w ubraniu na kanapę, aby myśli zebrać. Lecz trudne to było zadanie. To co przez ostatnie parę godzin zaznał, przez co przeszedł, co przez te dni kilka przeżył, zrujnowało w nim cały wewnętrzny ład wyobrażeń! Toć teraz już wątpić nie mógł, że personatem został! Personatem, bezwątpienia i nie dla tych epoletów pułkownikowskich, ani legji, ale dla swego własnego imienia, dla tego, że poprostu jest Łączyńskim!