Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/132

Ta strona została przepisana.


Cesarz o niego zapytywał! Jutro będzie u cesarza! Pan Filip de Ségur złoży mu wizytę!... A potem?! Potem — może mu dadzą pułk, może jakąś misję! Może brygadę całą?! A może śni mu się, może mara go morzy? Czy przypadkiem nie usnął tam, pod murem?! Nie! Ogień trzaska na kominku, pryska raz po raz skrami! Ma zielone języki — jesion! Jesionowe polana muszą się palić! Co powie cesarzowi? Czy poradzi! Prawda, ma za sobą papiery i Dąbrowskiego i tamte, od chłopa, te straszne, okrutne, nieubłagane! Odda Napoleonowi.
Cesarz! Niech co chcą mówią, a przecież cesarz o nim pamiętał! Sam się pytał! Może coś słyszał o Łączyńskim jeszcze pod Hohenlinden! I teraz tylko sobie przypomniał! Boże! Czy mu potrafi odsłużyć to wywyższenie, czy zdoła za niego umrzeć! O, boć sztuka w tem właśnie! Ileż razy Kniaziewicz powtarzał w legji: — Naucz się, bratku, zdychać rzetelnie, a nie jak mucha, nie jak komar! — Gdyby mu dano pułk! Gdyby gdzie niezdobyta pozycja, za karabin samby wziął, jak nieboszczyk Liberacki, na żołnierzyby zakrzyknął, jak Jabłonowski, i rzuciłby się na bagnety, na kule, na śmierć i tak niechby go żelazo na strzępy darło, niechby zeń cała krew spłynęła, niechby padł pod sztandarem wzniesionym, a łopoczącym ponad redutą! Niechby okrzyk zwycięstwa był ostatniem jego tchnieniem, a imię cesarza ostatnim tego okrzyku wyrazem.
Tak roił Łączyński.
Jeszcze przed rozświtem stawili się krawcy. Pułkownik z dziecinnem upodobaniem poddał się majsterkom. A gdy nakoniec po zadaniu uniformowi pułkownickiemu ostatnich ukłóć igły, Łączyński spojrzał w zwierciadło, aż się zarumienił, takim się samemu sobie wydał wykwintnisiem sztabowym. Szła mu ta krwawa czerwień do jasno jedwabistych wąsów, do twarzy zciemniałej w życiu obozowem, do czoła