Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/133

Ta strona została przepisana.


białego, do oczu wyrazistych. Złote bramowania i hafty skrzyły się, — białe kaźmirkowe spodnie odcinały wykrój — buty ze sztylpami, stosowany kapelusz z kokardą i szpadą dopełniały umundurowania.
Jeszcze się dość nie napatrzył samemu sobie pułkownik, gdy już doń wpadł kapitan Flahaut, zapowiadając pana Filipa de Ségur i zaznaczając, że bezzwłocznie po posłuchaniu u cesarza powinien zameldować się marszałkowi Berthiér, gdyż inaczej ten ostatni czułby się dotknięty.
Pułkownik aż się roześmiał na tę uwagę.
— Panie kapitanie, bądź pan ze mną szczerym!
— Za obowiązek sobie poczytuję!
— Więc cóż ja, Łączyński, znaczyć mogę dla marszałka?
Flahaut odchrząknął ze skupieniem.
— Właśnie, panie pułkowniku... znaczy pan już wiele, a może wkrótce, bardzo, ale to bardzo wiele, Ach! Zdaje się, że pan de Ségur.
Łączyński pospieszył na przywitanie. Pan Filip de Ségur, z całą właściwą mu dworskością, rzucił pułkownikowi kilka komplementów, wspomniał delikatnie Walewskę i półurzędownie wezwał pułkownika do stawienia się w antykamerze cesarskiej.
— Lecz doprawdy, czy nie naprzykrzę się najjaśniejszemu panu?
— Już jest uwiadomiony o pańskiem przybyciu! Zresztą złoży pan raport generała Dąbrowskiego!
Pan de Ségur po tem oświadczeniu pożegnał pułkownika.
Łączyński był tak wzruszony wiadomością, że za godzinę już stanie przez obliczem cesarskiem, iż nawet lęku swego nie umiał ukryć przed panem Flahaut. Kapitan z poczuciem wyrozumienia dodawał otuchy pułkownikowi.
— Doprawdy, przekona się pan, że niema w tem nic nad-