Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/136

Ta strona została przepisana.


— Wracasz z korpusu Dąbrowskiego?!
— Mam raport!
— Więc czegóż go nie dajesz?!
Pułkownik zdetonowany tą prostą uwagą, ledwie że zdołał drżącemi rękoma wyciągnąć z zanadrza pismo Dąbrowskiego i podać cesarzowi.
Napoleon rozwinął papiery i jął je przebiegać szybko oczyma.
— Niedostatek! Brak amunicji! Zdaje mu się, że mnie jest lepiej! Ranny!
— Tak jest, sire!
Cesarz rzucił na pułkownika bystre spojrzenie, jakby chciał mu powiedzieć, że nie żądał odpowiedzi.
— Proponuje Gielguda! Musi mu ufać! Ale się spisał! Hm — hm! Dobrze — wybornie! Jedyny człowiek między wami wszystkimi! Rozumiem! On i Wybicki! Powinni się byli Francuzami urodzić!... Patrzaj! Toż i o tobie pisze! Wybornie! Tego mi właśnie brakło! Zuch z ciebie! Bardzo się cieszę, że zasłużyłeś się w porę!
— Radbym lepiej!
— Co?! Aha! Dobrze! Jestem kontent z ciebie! Zostaniesz przy mnie.
Napoleon urwał nagle, zasunął rękę za mundur, zatrzymał się przed oknem i zamyślił się.
Łączyński stał wciąż wyprostowany jak struna, nie rozumiejąc, czy posłuchanie zostało skończone, czy nie.
Po chwili milczenia cesarz odwrócił się i jakby przypominając sobie dopiero pułkownika, zapytał raptownie.
— A — Łączyński! I cóż mi więcej powiesz?
Pułkownik poczerwieniał, daremnie szukając przystojnej odpowiedzi.
Cesarz tymczasem przeszedł się znów po komnacie, zażył tabaki i ozwał się.