Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/139

Ta strona została przepisana.


Łączyński z zapartym oddechem każdy ruch Napoleona śledził. W oczach mu się mroczyło od ponurych domysłów, które wrzały mu pod czaszką, szarpały jego sercem, a przejmowały najstraszniejszemi przeczuciami.
Tam bunt! Bunt rozszalały, nieokiełznany, który już potargał więzy subordynacji, który marszałkowi śmiał stawić czoło! A tu, on, cesarz, chce do niego jechać, chce dobrowolnie wpaść między zdemoralizowane szeregi żołnierzy?!...
Napoleon zapiął ostatni guzik rękawiczki i pewnym krokiem jął zmierzać ku wyjściu. Pod Łączyńskim nogi się ugięły, krew trysnęła mu do twarzy.
— Najjaśniejszy panie! — zawołał drżącym głosem pułkownik.
Cesarz obrócił się zdziwiony.
Łączyński padł do nóg Napoleonowi.
— Najjaśniejszy panie! Ty nie możesz tam jechać! Tam bunt! Nie jedź, sire! Jam szalony! Tę jedyną wyświadcz mi łaskę! Weź ze mnie epolety, odbierz krzyż, — a zostań!
Napoleon położył rękę na ramieniu Łączyńskiemu.
— Tak, ty masz też same piękne, dobre oczy! Nie zapomnę ci tych słów! Wstań! Chcesz, abym się bał moich dzieciaków?! No! Wstawaj! Pojedziesz ze mną! Dalej!
Cesarz szybko wyszedł z antykamery, pułkownik podążył za nim.
Napoleon rzucił rozkaz mamelukowi, ten wybiegł na ganek i skinął na masztalerzy.
Podprowadzono konie. Mameluk podał płaszcz cesarzowi. Napoleon dźwignął się na siodło.
Łączyński bez pytania wskoczył na najbliższego konia. Chmara oficerów rzuciła się do koni.
Cesarz ani się nie obejrzał na adjutantów, uderzył konia szpicrózgą i wyciągniętym kłusem ruszył na przedmieście Ostródy.