Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/140

Ta strona została przepisana.


Na przedmieściu tem wrzał bunt, bunt gwardji, bunt straszny! Ci, co zaledwie przed dwoma tygodniami podczas śnieżnej zamieci szli na oślep własnemi ciałami armaty zagważdżać, ci, którzy lata całe straciwszy na marszach bojowych, bez wojny nie rozumieli życia, którym kula była drużką nierozdzielną, karabin serdecznym towarzyszem, najmilszym całego dobytku sprzętem, a ładownica droższą od torby z sucharami, od mieszka, wypełnionego żołdem, wypowiedzieli posłuszeństwo.
Dawni żołnierze Hocha, Klebera i Jouberta, towarzysze linjowi Lefebvra, Bernadottego, Lannes’a, Davousta i Neya, kanonierzy, pamiętający chudego kapitana z Tulonu, piechurzy, noszący na rękawach tyle szewronów, ile stopni miał do przebycia Bonaparte do tronu, ludzie ze stali, — bastjon, plujący krwią, bluzgający miazgą, a twardszy od opoki, — szaleńcy, których całą dumą był krzyż, całem szczęściem uśmiech cesarza, całem pragnieniem walczyć zań i zań konać, — czoło armji, przedmurze orłów napoleońskich, chwała Francji, — kolebka bohaterów, piastunka bonapartowych gwiazd, bonapartowych marszałków duków i królów, — gniazdo istot bezgranicznego poświęcenia się dla jednostki, — tłum ślepców, dla których jedynem słońcem był Napoleon, — gromada zaprawiona do pięcia się na Alpy, padania na piaskach Sahary, szamotania z morskiemi falami, gromada zaklęta w nieubłaganie wytrzymałą machinę, — ta gromada wypowiedziała posłuszeństwo!
Na podmiejskim polu Ostródy, kędy rozpłaszczone szerokie obozowisko słało ubogie dymy ognisk, tam stało zwarte, skotłowane mrowie ludzkie, tam gwardje w bezładnych kupach, z bronią w ręku, rozprawiały. Tam coraz groźniejszym pomrukiem odpowiadano na wezwanie dowódzców, tam gwizdem odprawiano nawet Berthiéra.
Nic tu nie znaczyły szumne nawoływania, nic porywa-