Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/142

Ta strona została przepisana.


— Czarny Michał niech radzi! Gdzie Czarny Michał?! — dowodzili dragoni.
Zdemoralizowane szeregi już szukały sobie właściwych dowódzców. Ostatni oficerowie znikli, uchodzili, rozumiejąc, że tu już nie słowa, lecz armaty i krwawa dziesięcina ofiar są potrzebne.
Lada oka mgnienie, a gwardja miała przejść od protestu, od pogróżek do czynów, lada chwila miała się narodzić wywrotowa myśl, inicjatywa drogi do buntu, gdy naraz tłum zakołysał się nerwowo.
— Mały kapral jedzie! — ozwały się liczne głosy.
— Niech jedzie — i jemu powiemy!
— Niech wie — kusajda!
— Dosyć hecy!
— Na księżycby chciał wleźć!
— Kurdupel!
— Jak to śmiga!
— Będzie o ambicji gadał!
— Stare bajdy! Niech da najpierw „kleba“.
— Trzymać się ostro!
— Nie ugryzie — smyk!
— Ciekawe, co powie?!
— Zakrzyczeć go!
— Poco! Może się wygadać ostatni raz!
— Hej tam! Macie go!
Zaledwie wszyscy żołnierze zdołali dojrzeć nadjeżdżającego cesarza, ten w pełnym galopie wpadł między zbuntowany tłum, mając za sobą ledwie jednego Łączyńskiego.
Gwardje umilkły raptownie.
Bonaparte osadził konia, powiódł okiem dookoła i zawołał gromko.
— Cóż wy tu, smarkacze, za grymasy stroicie?