Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/144

Ta strona została przepisana.


— Nie gadaj, bo mnie tu!...
— Pyskowaliśmy!
— Tfy! Jakby można było bez niego!
— Trzeba do audytora!
— Niech zaraz rozstrzelają!
— Muszą!
— Idźmy!
— Michał — jak on to powiedział?!
— „Cóż, wy smarkacze“?
— A myśmy chcieli do Francji, jakby można bez niego!
— Łby takie dwa zakute!
— Nikczemne!
— Vraincourt!
— Hę?
— Myślę, że tego rozstrzelania za to szelmostwo będzie mało!
— Pewnie — powinniśmy dyndać!
— I to bez sądu!
— Trzeba się rzetelnie oskarżyć!
Bunt był skończony.
Cesarz wracał do kwatery spokojny, zadumany — nie zważając na pełne entuzjastycznego zdumienia twarze świty. Za cesarzem jechał Łączyński, jechał wpatrzony w siwy płaszcz cesarski, nic krom niego dokoła siebie nie widząc.
Przed samą główną kwaterą Napoleon obrócił się nieznacznie i skinął pułkownikowi. Łączyński wysunął się z koniem
— Jestem bardzo kontent z pana. Jestem podwójnie kontent, bo przekonałem się, żeś naprawdę wart był awansu!
Sire!
— Będziesz meldował się i na popołudniowych przyjęciach! Albo nie! Będziesz z de Ségurem!
Łączyński nie zdążył podziękować za te łaskawe słowa,