Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/149

Ta strona została przepisana.


Łączyński aż przystanął ze zdziwienia.
— Pozwól, panie kapitanie, lecz nie rozumiem!
— Jest to cała historja! Adjutantowanie księciu Bergu dokuczyło mi do żywego! Nie wiem, czy go pan zna bliżej...
— Cóż znowu!
— Bywa nieciekawy! Fantastyk, zarozumialec, krótko mówiąc, służba u niego do przyjemnych nie należy! Znosiłem ją dotąd, obecnie jednak naraziłem mu się!
— Marszałkowi!?
— Muratowi! — dodał spokojnie Flahaut. — Rzecz poszła o mundur! Poprostu marszałek postanowił nas przebrać w nową liberję, któraby odpowiadała jego dziwacznemu strojowi i stanowiła odpowiednie tło dla kapelusza ze strusiemi piórami i błękitnego płaszczyka! Otóż namówiłem kolegów do oporu. Wczoraj odebrałem wiadomość, że zdradzono mnie przed księciem; nic mi innego nie pozostaje, jak czem prędzej albo wyjednać sobie inną nominację, albo podać się do dymisji! A że równocześnie sprawy rodzinne wzywają mnie do Paryża, chcę przeniesienie połączyć z urlopem! Powiem panu już całą prawdę. Generał Hervé obiecał mi przez Davousta wyrobić bodaj urlop do Warszawy, a tem samem przejście pod jego komendę, bo Davoust obejmie dowództwo nad Wisłą, wiem z pewnoścą, ale Davoust odmówił! Drą koty z Muratem i unikają się poprostu! To i wszystko!
— Kapitanie, wchodzę w położenie, lecz cóż ja mogę! Skąd ja?!
— Jeżeli oddanie tej przysługi miałoby trudzić pana pułkownika! — odrzekł urażonym tonem Flahaut.
Łączyński parsknął serdecznym śmiechem.
— Kapitanie! Daruj, ja za żart to biorę! Radbym z duszy, z serca, lecz cóż ja znaczę!? Ani znajomości po temu, ani wpływów!