Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/15

Ta strona została przepisana.


Pan Anastazy potarł niespokojnie czoło, nie mogąc skojarzyć ze sobą wizyty marszałka dworu z cesarskim afektem i przyszłością rodziny. Naraz na żółtą twarz szambelana trysnęły ceglaste plamy, koścista, sucha jego ręka jęła szarpać sznury pudermantla.
— Musiałeś zauważyć sam! — dodała księżna, siląc się na spokojny ton. — Stało się tak szybko. Najbliżsi cesarzowi nie przypuszczali, żeby do poważniejszych doszło zamiarów.
Szambelan mrugnął znacząco i roześmiał się jakimś przeraźliwym chrobotem.
Księżna zafrasowała się szczerze, nie wiedząc, czy ma jeszcze uciec się do perswazji, czy też może już bez przeszkód zmierzać do celu.
Pan Anastazy tymczasem śmiał się bez przerwy, coraz gwałtowniej tarmosząc sznury i mrugając ku siostrze.
— Nad tem trzeba się zastanowić!
Szambelan zgarbił się i zachichotał silniej.
— Bierzesz widzę, rzecz lekko, a przecież...
Wejście Baptysty nie pozwoliło księżnie dokończyć zdania.
Baptysta podał szambelanowi na tacy wielką kartę wizytową.
Pan Anastazy spojrzał na kartę, zmiął ją w drżących rękach i rzucił na ziemię.
— Co mam powiedzieć? — zagadnął z oznakami zdziwienia kamerdyner.
Szambelan wyciągnął rękę ku drzwiom.
Księżna, która zdążyła podnieść porzuconą kartkę i odczytać kunsztownie wypisane nazwisko, przypadła z przerażeniem do brata.
— Anastazy, zastanów się!... Marszałek dworu!... Nie dawaj przystępu uniesieniu!... Niema wątpliwości, że przybywa z nominacją!... Baptysto!... Wprowadź jego książęcą mość!... Do białego salonu!...