Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/150

Ta strona została przepisana.


— Pan pułkownik może to z łatwością uczynić!
— Jak!? Powiedz.
— Jutro, przy spotkaniu z marszałkiem Berthiér, kiedy nawiąże z panem rozmowę, powiedz mu o mnie dwa słowa!
— Gdzież go spotkam!?
— W poczekalni cesarskiej! Berthiér sam pana zagadnie! Musi zagadnąć!
— Owszem! Moja ręka, powiem, lecz za skutek odpowiedzialności nie biorę!
— Jestem pewny powodzenia i zgóry dziękuję! Jak największą wdzięczność żywię dla pana pułkownika. Oto i jego kwatera! Mam zaszczyt pożegnać...
Łączyński zafrasował się nagle.
— Panie kapitanie, czy mogę pana prosić o chwilkę rozmowy u mnie?
— Z całą gotowością.
Pułkownik wprowadził kapitana do swojej kwatery, i tam, usadowiwszy się z nim przy kominku i poczęstowawszy fajką, pozwolił panu Flahaut wygadać najpierw wszystkie zasłyszane plotki obozowe, zaczem ozwał się raptownie.
— A teraz przysługa za przysługę!
— Zawsze na pańskie rozkazy!
— Jesteś pan człowiekiem honoru! Zapomnij o różnicy stopnia i bądź mi pan towarzyszem, przyjacielem!
— Pułkowniku, — dzień dzisiejszy...
— I powiedz mi otwarcie, co ja znaczę tu właściwie?!
— Bardzo wiele! — przyznał pospiesznie Flahaut.
— Nic mi to nie mówi! Będę szczerym! Cztery dni temu byłem porucznikiem, który daremnie śnił o szlufach kapitańskich, dla którego pan stanowiłeś nie tylko władzę, ale i autorytet; byłem porucznikiem, który w rezultacie nic nadzwyczajnego nie zdziałał, żadnych zasług nie położył...