Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/161

Ta strona została przepisana.


— Prowadź mnie do niej!
Domagalski pokręcił głową.
— Chyba za godzinę! Bo teraz śniadanie! Draby nikogo nie wpuszczą!
— Słuchaj — spiłeś się chyba!
— Uchowaj Boże! Ale tak już jest! Wczoraj sam Berty, ten największy generał ich, Berty — chciał rano, to i jemu nie wolno! Mówiłem paniusi, lecz powiada, że tak trzeba!
— Więc z szambelanem się zobaczę! — nastawał pułkownik, nie zrozumiawszy dobrze słów Domagalskiego.
— Z jaśnie oświeconym panem szambelanem! Kiedy bo... jego tu niema!
— Niema go! — powtórzył machinalnie Łączyński.
— A no właśnie i podobno, proszę panicza, jakby już go zupełnie nie było! O, cierpki pan, srogi, ciężko z nim każdemu!... Panicz się niecierpliwią! Oj, żeby ona wiedziała! Chyba godziny nie ma, żeby nie wspomniała panicza! Ale już nie długo, bo mameluki się kręcą! Jeszcze trochę i cesarz wyjdzie ze śniadania!...
Pułkownika na to zakończenie kurcz za gardło chwycił, jakaś błyskawica przeszła mu przez czaszkę, spiorunowała ją.
Łączyński twarz ukrył w dłoniach, jakby w siebie chciał wejrzeć, ogrom spustoszenia ogarnąć, widome śladu uderzenia znaleźć. Piorun rozdzierający wierzbę na dwoje, zanim zapadnie się w opokę, umie jeszcze niekiedy ziarnka piasku stopić w swem objęciu, oderwane cząsteczki zlać na kamień, niezaprzeczony znak swego przejścia zostawić.
Wierzby drą i wichury, łamią huragany, szarpią trąby powietrzne, tarmoszą zawieje, lecz piorun jedynie u rozdartego ich łona kamień spławić potrafi. Tak było z Łączyńskim. Te dziesiątki zadawanych mu od dni kilku, a niezrozumiałych dlań pytań, te dziwne uprzejmości i uwagi i te komplementy i pochlebstwa i te przyjęcia czołobitne i te epolety