Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/163

Ta strona została przepisana.


— Rozwodzą się!
— Proszę! Znalazła sobie godziwsze życie, weselsze, wspanialsze!
— To pewnie! — mruknął Domagalski. — Tu przynajmniej niema komu natrząsać się, ani poniewierać!
— Milcz! Pójdziesz ze mną, zaprowadzisz do niej! Natychmiast!
Stary drgnął.
— Lepiejby zaczekać, aby w pierwszym gniewie...
— Nie twoja rzecz! — oburknął się Łączyński i jął pospiesznie wdziewać płaszcz.
— Dalej! Prowadź!
Domagalski zawrócił się ku drzwiom, lecz gdy miał próg przestąpić, zatrzymał się nagle i szepnął drżącym głosem.
— Paniczu złocisty, pasja wami miota! Ochłońcie! Ma ona smutku zadość...
Łączyński pchnął gwałtownie starego.
— Zbieraj nogi, abym od ciebie porachunku nie wziął.
Domagalski wsparł się o drzwi, odetchnął ciężko i powlókł się w milczeniu ku domowi, zajmowanemu przez cesarza.
Pułkownik postępował tuż za sługą, nie zważając na oddawane mu honory wojskowe, ani na mijających go, a witających uprzejmie oficerów.
Łączyński nie widział nic przed sobą, krom zielonego kaftana lokajskiego i posiwiałych a zwieszających się Domagalskiemu z pod kapelusza włosów! Ten kaftan był mu drogowskazem do niej, do nikczemnej, do tej, która mu była dotąd najdroższą na świecie, do której lata całe każda myśl serdeczniejsza go niosła, do tej, którą na rękach hołubił, której śmiech dźwięczno-srebrny grał mu nieprzebrzmiałą tęsknotą do ojcowskiego dworku, — którą mniemał mieć