Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/164

Ta strona została przepisana.


piękniejszą stroną własnej duszy, pełniejszem uderzeniem serca, a która weń rzuciła takim bezmiarem hańby.
I szedł Łączyński, a giął się, a łamał. Ona, Maryśka! Czyściejsza od krynicznej rosy, niewinniejsza od motylego pyłka, potulniejsza od powojnej łodygi, płacząca ze śmiechu i śmiejąca się przez łzy — dziecina — siosterka najtkliwsza — ona tu, w odmęcie cesarskiej kwatery, na fali rozhukanego życia! Jej imię w ustach najostatniejszego służalca, jej imię w szepcie dworskiej intrygi, jej imię w rozpasanej drwinie gawędzących u ogniska żołdaków! Za cenę jej imienia on wziął pułkownicki mundur, wziął krzyż, wziął mieszek napoleonów! Personatem został! Zapłacono go! Zapłacono nie za lata strawione w nędzy, nie za blizny, nie za dni głodu, nie za poświęcenie, bo to wszystko nie warteby było takiej hojności! Zapłacono mu za Maryśkę!
Łączyńskiego kurcz śmiechu przyjął.
— Więc tyle tylko za Maryśkę? Licha płaca! — skąpa!
Domagalski zatrzymał się nagle u drzwi bocznych, wiodących do domu cesarskiej kwatery, i ustąpił na bok, odsłaniając stojącego u drzwi komisarza pałacowego.
Pułkownik zatrzymał się machinalnie, mierząc groźnie dworskiego urzędnika.
— Pan pułkownik raczy z drugiej strony, tu niema wejścia!
— Co?! Ty — stary — masz prowadzić!
Domagalski wskazał na drzwi, przy których strażował komisarz.
— Tu właśnie!
— Niema wejścia! — powtórzył zimno komisarz. — Pan pułkownik zechce dookoła obejść, do służbowej antykamery!
— Ustąp pan! Muszę tu — do niej!
— Nie mam rozkazu! Trzeba się zameldować u pana de Ségur.