Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/165

Ta strona została przepisana.


— Nie do niego idę, lecz do Walewskiej.
Komisarz zmieszał się.
— Jest pan w błędzie... pani Walewska...
Łączyński skrzywił się pogardliwie.
— Chcesz mi pan zabronić widzenia się z siostrą?!
— Pan pułkownik Łączyński?! — szepnął z uszanowaniem komisarz, usuwając się na stronę.
Pułkownik, nie odpowiedziawszy komisarzowi, rzucił się do sieni i podążył schodami na pierwsze piętro. Tu na samym wstępie zagrodziła mu drogę służebna.
— Pani Walewska?! — rzucił przez zęby Łączyński.
— Tu, na lewo, lecz pani Walewska... w tej chwili...
Łączyński odtrącił służebnę i wpadł do komnat, wywołując co chwila okrzyki zdumienia wśród kręcącej się, a zajętej uprzątaniem służby.
Pułkownik nie zwracał uwagi na protesty, nie zajmował go wszczynający się za nim popłoch i alarmujące nawoływania, nie onieśmielała atmosfera buduarowej ciszy, panująca w komnatach, i szedł naprzód, w głąb cesarskiego apartamentu.
W wielkiej a dywanami zasłanej sypialni zatrzymał się na chwilę, rzucił okiem dookoła, ogarnął ślady panującego nieładu i zwrócił się ku drzwiom na prawo. Drzwi były ledwie przymknięte tak, że pozwalały widzieć, co się w sąsiedniej komnacie dzieje.
Łączyński spojrzał i stanął jak wryty, porażony obrazem, który poprzez niedomknięte drzwi ukazał się jego oczom.
O kilka kroków od pułkownika, tam, w komnacie, przy stole zastawionym bogatym serwisem, siedział Napoleon, a naprzeciw niego dama! Dama piękna, tonąca w niebieskim jedwabiu, uśmiechnięta filuternie, z całą swobodą gawędząca z cesarzem, bez zakłopotania gospodarująca przy