Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/169

Ta strona została przepisana.


— Gwiazdka świeci zawsze jednakowo, a że ją chmurki przesłonią, cóż ona winna!?
Lekkie pukanie do drzwi za kotarą przerwało rozmowę. Napoleon poruszył się niespokojnie.
— Czas na mnie! Czas!
— Tylko proszę nie marudzić, jak wczoraj!...
— A kto na tem więcej cierpi?
— Ej! Bo się będę gniewała!
Cesarz ucałował ręce szambelanowej i zniknął za kotarą.
Łączyński, który był ukrytym świadkiem tej sceny, otarł pot z czoła, bojąc się oczom własnym i uszom zaufać.
Więc ta dama wielka o wejrzeniu księżnej, wytworności markizy, ta półkrólowa, drocząca się z cesarzem, jakby z równym sobie, miałażby być jego dawną siosterką — jego Maryśką!? Chyba mrok nań zeszedł i przyćmił mu zgoła świadomość. Zmysły mu się zmieszały! Ona — Maryśka, lubownicą? Na cesarskich pokojach? W tym przepychu, w tym zbytku panią! Ona, Maryśka! Mara, stokroć mara przeklęta. Złe go przywlokło, odjęło rozum i wodzi. Maryśka, onaby ni bogactw nie wzięła, ani tak się rozmawiaćby nie umiała, ani takich zalotności stroić... choć może, lecz co, ze wstyduby się spaliła, zanimby na jedno takie słowo odrzec zdołała! Toć nie ona! Wielka pani sobie jakaś, może taka, jak powiedział tamten adjutant, druga pani Davoust, obozu zwyczajna!
Pułkownik odetchnął ciężko i zatrzymał się z wysiłkiem, jakby chciał odejść stąd, lecz napróżno, coś go do miejsca przykuło, coś uwięziło, coś w szponach trzymało, coś władzę odebrało.
Łączyński każdym pulsem czuł, że powinien się stąd natychmiast oddalić, że powinien bodaj uciec, tak daleko, żeby już na zawsze stracić z oczu, z myśli nawet dawną Maryśkę,