Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/176

Ta strona została przepisana.


i z całą swobodą powitał Łączyńskiego wojskowo salonowym ukłonem.
— Czy nie zawcześnie ośmielam się trudzić pana pułkownika?
Łączyński, który był siedział zasunięty w róg kanapy, poruszył się niespokojnie.
— Kto? Czego?
Pan de Flahaut zmieszał się.
— Pan pułkownik daruje, może istotnie nie w porę, lecz niosę właśnie rozkaz dzienny, w którym jest ustęp, dotyczący pana pułkownika.
— Nie jestem pułkownikiem!
Flahaut spróbował się uśmiechnąć, lecz, spojrzawszy na zmienioną twarz Łączyńskiego, wykrzywił usta w dziwaczny grymas.
— Rozkaz dzisiejszy jest niezmiernie ciekawy! — zaczął po małej pauzie kapitan, chcąc wybrnąć z przykrej sytuacji, którą zgadywał, a nie rozumiał. — Niezmiernie ciekawy! Sprawa Augereau rozstrzygnięta, korpus jego nie istnieje już! Marszałek na zagojenie ran odebrał parę komplementów i donację na odczepnego! Jest to poniekąd pomyślna okoliczność nawet dla mnie!...
— A, jesteś, Flahaut! — przerwał raptownie pułkownik.
Kapitan skłonił się, nie wiedząc co odpowiedzieć na ten wykrzyknik.
— Tak, tak! — mruczał pogłosem Łączyński. — Ty jesteś Flahaut! No, pamiętam! Prosiłeś mnie o wstawiennictwo. Uważasz pan... spóźniłeś się, szkoda żeś się spóźnił! Nie jestem już pułkownikiem! Ale, czekaj, dam ci radę! Masz ty siostrę?!
— Nie, nie mam!
— Hm! To szkoda! Bo widzisz, gdybyś miał, to bardzo łatwo! Daliby ci oficerstwo legji i buljony pułkownickie!