Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/178

Ta strona została przepisana.


— Uważam, panie pułkowniku!
— Głupiś! Nie jestem pułkownikiem! Rozumiesz? Masz mi mówić, Pawle!
Ordynans wyciągnął się, jak struna. Łączyński nachmurzył się.
— Nie rób min, bo widzisz tę pięść?! Gorzałki!
— Według rozkazu!
— Żywo! — gwałtował pułkownik. — Jest! No, dobrze? W twoje ręce!
— Nie śmiem, panie pułk...
— Nie jestem pułkownikiem, trutniu! Pij! Dawaj kubek!... Ale, słuchaj no... a może ty chcesz mi przypomnieć!? Co, gadaj!
— Panie... Pawle! — jęknął pomieszany ordynans. — Ja nie śmiem!
— Jesteś bydlę! Co tu masz na ramieniu? Szlufę? Dawaj! Precz z nią! Taak! Pij! Maryśka umarła! Pamiętaj o tem! Siadaj! Czemu nie pijesz?
— Piję, panie...
— No, to dobrze! Widziałeś tego idjotę, Flahaut — nie chciał wierzyć! Cóż to za nikczemna gorzałka! Wody mi dałeś!
— Gorzałka, według rozkazu!
— Dawaj innej!
— Niema, panie p...
— Musi być! Idź — szukaj — marsz!
Wystraszony ordynans nie dał sobie drugi raz powtórzyć rozkazu i umknął czemprędzej.
Pułkownik obejrzał się niespokojnie dokoła.
— Poszedł! Hm! Nikczemna gorzałka! Wody szelma nabełtał! A pić się chce!
Łączyński ujął flaszę, podniósł do ust, przechylił i jednym