Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/179

Ta strona została przepisana.


tchem wypił do dna. Poczem odsapnął i pewnym krokiem zbliżył się do stolika, na którym leżała para pistoletów.
Znał te pistolety doskonale, świat drogi z nim zrobiły. Ten z lufą nieco grubszą, a rękojeścią smagłą i kurkiem dziobatym był mu ulubieńcem. Znał go na wylot, wiedział, że szelma rwie na prawo. No, teraz nie potrafi skrzywić! Przyszło na grubasa, ani się, nicpoń nie spodziewa zaszczytu! Należy mu się na tę uroczystość rzetelny poczęstunek! Prochu ma co za dwoje — jeszcze ziarnko! Ma być wiwat, niech będzie! Pakuł kłębek — i kulkę! Okrągła! Znów pakuł, — najadł się, obżartuch! Jeszcze mu skałkę założyć świeżą, — żeby mu na niczem nie zbywało!
Skończywszy nabijanie pistoletu, Łączyński roześmiał się z zadowoleniem, zajrzał z dziecinnem upodobaniem w lufę, jakby chcąc sprawdzić, czy nabój nie zginął, wreszcie podniósł na wysokość ramienia.
W tejże samej prawie chwili drzwi rozwarły się, ostrogi zabrzęczały w progu. Łączyński opuścił pistolet i obejrzał się niecierpliwie. O dwa kroki przed nim stał wyprostowany w służbowem powitaniu oficer strzelców konnych gwardji.
— Mam honor z panem pułkownikiem Łączyńskim? — zaczął przybyły.
— Nie jestem pułkownikiem!
— Mam honor wezwać pana pułkownika, aby natychmiast raczył się zameldować służbowemu oficerowi w cesarskiej antykamerze!
Łączyński poczerwieniał, oczy mu krwią nabiegły.
— Coś ty! Czego?...
— Jestem Ornano, oficer służbowego szwadronu strzelców konnych gwardji z rozkazu dowódcy...
— Nie znam żadnego dowódcy!
— Mam rozkaz wezwać pana pułkownika!
— Powiadam, że nie jestem pułkownikiem!