Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/18

Ta strona została przepisana.


bezwątpienia!... O... bo, mój Anastazy, ona bardzo jest dla ciebie!...
— Kto? — rzucił kwaśno pan Anastazy.
— Vaubanka!
— Nie o niej mówię.
Księżna odwróciła głowę.
— O Marji chyba nie wątpisz!
Szambelan wlepił oczy we wstęgę orderową.
— Bynajmniej, tylko niech wraca, trzeba, żeby wróciła! Wyprawię ją do Walewic.
Księżna z przerażeniem spojrzała na brata.
— Ależ, zastanów się! Marję do Walewic wysyłać! Sądziłam, że marszałek wyjaśnił ci położenie!
— Niech wraca, niech natychmiast wraca! — upierał się szambelan ze wzrastającem rozdrażnieniem. — Przedewszystkiem musi wrócić, a potem zobaczymy!
— Czy tylko zdrowie jej pozwoli?! Jest cierpiąca!...
— Wszystko jedno! Otulić, opatrzeć i przywieźć! Taka moja wola! Co się stało, co było, nie wnikam, lecz dziś, teraz, żądam posłuszeństwa! To jej powiedz, o tem ją uprzedź!... Bo położenie się zmieniło! Nie ja ich, lecz oni mnie potrzebują! Jej pomoc jest zbyteczna!
Księżna ledwie uszom własnym wierzyć mogła.
— Anastazy, zapominasz o afekcie cesarskim!
Szambelan potrząsnął dumnie wstęgą orderową.
— Mógłby w grę wchodzić, gdyby nie te dowody! Ona może mi tylko zawadzać! Zresztą, nie chcę, aby mieszała się do polityki!... Do Walewic wyprawię i z tego nie będę przed nikim zdawał sprawy!...
Księżna, wobec tego niespodziewanego zwrotu, straciła nagle całą pewność siebie, zbyła szambelana kilku ogólnikami i, nie wdając się w dalsze wyjaśnienia, pożegnała się pospiesznie i odjechała.