Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/180

Ta strona została przepisana.


Ornano spojrzał niepewnie ku Łączyńskiemu, ten ostatni dodał po chwili.
— Idź i powiedz, że pułkownik nie przyjdzie, bo... go niema!
— Za pozwoleniem! Powiedziano mi, że tu właśnie kwateruje pułkownik Łączyński!
— Kwaterował wczoraj!
Ornano skłonił się.
— W takim razie źle mnie objaśniono!
— Najzupełniej! Widzisz pan przecież, że na pułkownika w tym uniformie nie wyglądam!
— Zapewne, a czy panu nie wiadomo, gdzie pana Łączyńskiego szukać?!
— Trudno rzec! Bo uważasz pan, taki personat! Osoba! Musisz pan wiedzieć, siostra pułkownika...
Ornano pobladł.
— Słyszałem coś!
Łączyński przymrużył oczy z filuternym uśmiechem.
— No, przyznać pan musisz, że szybko awansował! Przed tygodniem był porucznikiem jeszcze! A dziś boją go się! Kawaler oficerskiego krzyża, sztabowiec, do dworu włączony! To ci dopiero sługa! Wszystkiego co miał się wyzbył! Ale też siostrę ma — co!?
— Nikczemnik! — mruknął Ornano.
Łączyński zachwiał się nieco.
— Bardzo słusznie — cha — cha! Masz pan słuszność! Lecz pozwól no pan, bo i pan masz, widzę, legję! Czy także za...
— Byłem pod Jeną! — odparł dumnie Ornano.
— Pod Jeną, proszę, że się panu chciało!
— Mój panie, nie znam pana, racz mnie uwolnić od swoich uwag! Gdzież więc mam szukać Łączyńskiego!?
— Pytaj Bonapartego, ten będzie wiedział!
— Nie zapominaj pan do kogo i o kim mówisz!