Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/182

Ta strona została przepisana.


Ordynans nacisnął klamkę, pomógł kapitanowi zdjąć płaszcz, zaczem skłonił się i roztworzył naścieżaj drzwi następne.
Ornano rzucił okiem w głąb komnatki, i cofnął się, poruszony widokiem, który się oczom jego przedstawił.
O kilka kroków przed nim leżał w kałuży krwi ów dziwak, co go przed chwilą o mało z cierpliwości nie wyprowadził. Ordynans aż zakrzyknął z przerażenia.
— Co się tu dzieje? Kto tu?
— Nie wiem, nie rozumiem, dopiero co pan pułkownik dał mi rozkaz!...
— Więc ten tutaj jest pułkownikiem!
— Niezawodnie, panie adjutancie! Rana na czole! Oddycha jeszcze!...
Ornano stał, jakby namyślając się, jakby coś ważąc, a nie troszcząc się zgoła o daremne wysiłki żołnierza, aby bezwładne ciało Łączyńskiego dźwignąć. Dopiero gdy cała nawała chmur przeszła przez jego jasne oblicze, pospieszył ordynansowi z pomocą.
Twarz pułkownika zdawała się być jedną krwawiącą raną.
Ornano z żołnierzem ułożył Łączyńskiego na posłaniu i zakrzyknął o wodę. Ta dopiero odsłoniła wielką płaską ranę na czole pułkownika.
Łączyński ledwie że znaki życia dawał. Nie było czasu do stracenia. Ornano pochwycił skrawek papieru leżący na stole, nakreślił na nim kilka słów i kazał ordynansowi biec z tem co tchu do pana de Ségur, sam zaś z mantelzaków Łączyńskiego dostał koszulę, na szmaty ją porwał i szmatami temi, zmaczanemi w wodzie, jął ranę okładać.
Rana krwawiła silnie. Ornano nie ustawał, szmaty zmieniał, płukał i świeżą wodą zwilżał.