Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/186

Ta strona została przepisana.


jak mu się tu lufa cała odkroiła w ranie!... Na gorąco chciał się z życiem załatwić!
— Jakto? — przerwał oschle pan de Ségur. — Więc ten wypadek z bronią... chcesz nazwać samobójstwem?
— Bezwątpienia!
— Jesteś pan zatem w błędzie! Pułkownik Łączyński nie mógłby go popełnić! O ile pan zbadasz lepiej, musisz... do tego dojść przekonania!
Chirurg spojrzał uważnie na pana de Ségur i skłonił się.
— Bezwarunkowo!... Niezawodnie!...
Maréchal de logis zwrócił się znów do Ornana.
— Słyszałeś pan i wiesz teraz?... Osoba pułkownika Łączyńskiego jest nadto cenioną u nas, aby taki wypadek... miał dać pole do domysłów... Proszę o tem pamiętać!
Ornano zrozumiał rozkaz.
— Zastosuję się do tej wskazówki!
— Tak — tak! Trzeba! Panie Ornano, dobrze, że pana widzę!... Oto mogę zwiastować ci nowinę, najjaśniejszy pan bardzo łaskaw na pana! Dostałeś legję, kapitańskie epolety, a teraz mam pewność, że nie będziesz pominiętym w najbliższym spisie zapomóg!
— Jestem obowiązany...
— Najjaśniejszy pan zawsze o nim wspomina, lubi nazywać pana „kuzynkiem!“ Sam chyba to czujesz, jak szybko się posuwasz naprzód! Przed kilku tygodniami byłeś jeszcze porucznikiem! A masz, kapitanie, lat?...
— Dwadzieścia trzy!
— Piękna karjera! No, nie mamy tu co robić! Pułkownika już sami opatrzą! Biedny Łączyński! Ale też nieuwaga! Co za nieuwaga!
— O tej nieuwadze... jeszcze ordynans pułkownika nie ma dostatecznego przeświadczenia!
— Widział może!