Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/191

Ta strona została przepisana.


większej komnatki. W antykamerze tej inny cyrulik powitał kapitana ukłonem wojskowym.
Ornano rzucił cyrulikowi płaszcz i roztworzył drzwi następne.
Kapitan zatrzymał się nieco na progu dla oswojenia się z panującym tutaj mrokiem, poczem już cichym, lecz śmiałym krokiem zbliżył się do posłania, na którem leżał młody mężczyzna z głową spowiniętą bandażami.
Na ogłos kroków kapitana, mężczyzna poruszył się niespokojnie i zagadnął cicho.
— Czy to wy, Hieronimie?!
— Nie, panie, to Ornano!
Chory uniósł się z trudem na posłaniu.
— Ach, to pan — pan!? Prawda!
— Jakże pan pułkownik się czuje!?
— Ot — lepiej — znacznie lepiej! Tylko, panie nie pułkownik!... Porucznik poprostu! dawny porucznik!...
— Trzeba pomyśleć o wyjeździe stąd! My gotujemy się do wymarszu!
Chory poruszył się niespokojnie i zarzucił kapitana pytaniami.
Ornano z całą wyrozumiałością wyjaśnił mu położenie armji i rozpowiedział dzieje całej kampanji.
Gdy kapitan skończył, chory roześmiał się.
— Wiesz pan, jakie to dziwne, gotówbym przysiąc, że o tem wszystkiem, co mi powiadasz, wiedziałem, że to znam..
— Czasem to bywa! Otóż teraz musi się pan zdecydować! Tu pan pozostać nie możesz.
— Oczywiście — bo cóż tu ja...
— Słyszałem, że chcą panu zaproponować wyjazd do Paryża!
— Do Paryża, chyba pan żartujesz? A cóż ja tam pocznę!?
— Jest pan na tem stanowisku, iż może pan być pewnym