Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/192

Ta strona została przepisana.


opieki i pieczołowitości... Jeżeli pan nie będziesz chciał powrócić do służby wojskowej...
— Nigdy! — przerwał ranny.
— W takim razie może pan być pewnym, że są osoby, którym los pański nie jest obojętnym!
— Kapitanie, czem się panu odpłacę...
— Nie mnie — nie mnie! Żołnierzem jestem tylko, biednym żołnierzem, mój cały skarb to te szlufy zapracowane krwawo! Radbym, lecz cóż ja potrafię! Są inni potężniejsi! W Paryżu ani urząd pana nie minie, ani stanowisko wysokie, starczy, abyś chciał...
Chory zwrócił oczy ku Ornanowi, wpił je i badał wyraz twarzy kapitana z nieubłaganem natężeniem. Ornano nie wytrzymał tego wzroku, głowę pochylił i urwał.
Nastąpiła długa pauza, podczas której kapitan daremnie szukał urwanego wątku. Nagle chory dźwignął się mocniej i schwycił gorączkowo rękę kapitana.
— I pan sądzisz — szepnął głucho — że ja będę chciał?!.. I pan sądzisz, że ja byłbym zdolnym?!
Ornano podniósł głowę.
— Nie!
Chory osunął się na poduszki odetchnął długo, a głęboko.
— Dziękuję panu. Jesteś takim, jakim cię śniłem.
Kapitan wyczekał chwilę i ozwał się nieśmiało:
— Trzeba więc, abyś postanowił coś ze sobą, tu zostać nie możesz! Musisz objawić życzenie, dokądbyś pragnął się udać!
— Tam, gdziem pragnął, tam nie dali!... Cóż, teraz wrócę do rodzicowego zaścianka...
— Może wolałbyś do legji, do pułku?!
— Po co? Czyż mi pułk wróci to, co mi zabrał? Pan nie rozumiesz?! Pustka, głusza. Tu, w piersiach wypalone wszystko, żadnego odzewu. Dawniej hasła bojowe gorzały, dawniej! Et!... Było tu brać pełną garścią. Lepiej nie mówić!