Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/194

Ta strona została przepisana.


majaczy, że raz jedyny cię widziałem! Lecz chwila ta nie daje mi wątku z twoją dobrocią, pamięcią, współczuciem!?...
— Pozwól pan, że zamilczę!
— Kapitanie, inaczej muszę mniemać...
— A więc powiem panu tyle, że gdym cię poznał, nosiłem w sobie ból, zawód, rozczarowanie, zdało mi się, że nad moją dolę nie ma twardszej, iż wszystkie piekła złożyły się na szyderstwo losu, który mnie dosięgnął! Ale, kiedym mimowoli spotkał pana, moja gorycz mi zmalała, skarlała!... W tobie spostrzegłem wszystko tak czystem, tak niesamolubnem, tak hardem, żem się własnej słabości uląkł... Jam gwiazdę chciał mieć skrzącą, a świetnym bijącą blaskiem, lecz jam chciał mieć ją dla siebie tylko! To, że zaświeciła innemu, było dla mnie przeświadczeniem, że niegodną jest imienia gwiazdy. Tyś pragnął promienie jej mieć wiecznojasnemi. Dla ciebie nie było ja — dla ciebie nie było rozstajnych dróg, dwóch moralności, dwóch honorów! A potem inne różnice. Tam, gdzie ja niszczyłem, tyś budować pragnął; tam gdzie ja widziałem zdobywcę, tyś szukał obrońcy, moja służba była z ambicji, twoja z poświęcenia; tyś stanął nad przepaścią, nad którą spostrzegłeś kres wszystkiego, co ci było drogiem, moja droga miała tylko wyrwę, a po za nią jeszcze cały świat pracy, czynów i celów! I ta świadomość, ta oczywistość pociągnęła mnie ku panu!
Łączyński oszołomiony tym potokiem kunsztownych słów, mglistych dlań, poglądał niepewnie ku kapitanowi, a czoło tarł.
Ornano uśmiechnął się łagodnie.
— Przebacz mi pan tę łamigłówkę. Może niedługo dowiesz się więcej! Jednemu wierz tylko, że własna wola, własna myśl mnie przywiodła!
Ornano uścisnął ponownie rękę Łączyńskiego i wyszedł z komnatki.