Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/20

Ta strona została przepisana.


mu nadto, by po drodze do pałacu pod Blachą wstąpił, do szambelanowej się opowiedział i zawiadomił ją, że popołudniu zajedzie po nią landara z doktorem Wójcickim, po którego równocześnie pan Anastazy pachołka wysłał.
Pozostawszy sam, szambelan pociągnął tabaki, strzepnął palcami, podreptał do zwierciadła i spojrzał weń z upodobaniem.
Szła mu ta wstęga, grała żywością barwy, ćmiła spokojne tony szarfy orła białego i nadawała postaci szambelana już zgoła senatorską powierzchowność.
Pan Anastazy odchrząknął, uniósł się na palcach, przysunął się do zwierciadła, potem cofnął się wtył, obejrzał z boków, potem sprawdził, czy mu dobrze idzie założenie ręki lewej pod wstęgę, a opuszczenie prawej z tabakierką ku dołowi, aż wreszcie wysunąwszy lewą nogę ku przodowi, zapadł w nieruchomo majestatyczną pozę, z zadowoleniem znajdując, że taka będzie stosowną do audjencji i wysłuchiwania penitentów.
Gdy pan Anastazy przyglądał się tak samemu sobie, nagle tuż poza swymi plecami, spostrzegł w zwierciadle wielką czerwoną twarz, uśmiechniętą filuternie.
Szambelan poruszył się niespokojnie. W tejże samej chwili rozległo się zamaszyste szurgnięcie nogami i dobrze mu znany głos.
— Sługa najniższy imć pana szambelana dobrodzieja!... Powinne gratulacje złożyć się ośmielam...
— A... imć, Bolesza!
— Ten sam, ten sam!... Zawsze z niesłabnącym szacunkiem... parole d’honneur! Przed chwilą dowiedziałem się o wysokiej odznace, która spotkała szambelana dobrodzieja i z ukontentowaniem znajduję, że najgodniejszemu się dostała!...