Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/212

Ta strona została przepisana.


— Niestety! Nadto sobie ufasz! Gdybyś mnie słuchała! Enfin, jakiż był dzisiaj!?
— Sama nie wiem, inny niż zwykle! Zamyślony, roztargniony!
— Co mówisz!?
— Tak, aż mnie to zastanowiło. Dawno go takim nie widziałam!
— Może znów Eleonora!?
— Prosiłam już tyle razy...
— Ach, ma chèrie, bo tak nie znasz ludzi, tak nie znasz, a jabym przysięgła!...
— Napoleon dał mi słowo!..
— Słowo! Mój Boże, słowo, czyż je mężczyzna daje kobiecie dlatego, aby dotrzymać potem!?
— Mościa księżno, masz szczególniejszy dar drażnienia!
Marie! Czyżbym śmiała? Czyż nie postrzegasz, że tylko najserdeczniejsza przyjaźń ku tobie kieruje każdym moim krokiem?
— Nazbyt troskliwa!
— Uważasz mnie za winną, że chcę obudzić twą czujność...
— Nie widząc niebezpieczeństwa!
— Hm — hm! Kto wie — kto wie! Tylko proszę cię, nie bierz do serca, lecz w twojem położeniu trzeba się zawsze spodziewać, trzeba przewidywać, trzeba być przygotowaną na najgorsze! A ty tak nie chcesz myśleć o niczem! Powiedz sama, gdyby, czego Boże broń, nastąpiła zmiana w usposobieniu, gdybyś musiała usunąć się do życia prywatnego, cóż poczniesz?! Na Anastazego liczyć nie możesz, ja rada będę zawsze, zdołam zapewne... ale, ale, czyż będę w możności utrzymać cię na stanowisku! Godność twoja ma już wymagania! Nie przecz, kochanko! Ma wymagania wielkie! Pani Walewska może ustąpić, lecz musi pamiętać o tem, czem jest!
Szambelanowa uśmiechnęła się gorzko.