Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/228

Ta strona została przepisana.


— Pozwól waszmość, muszę wiedzieć...
Jerzmanowski odetchnął ciężko i jął rozpowiadać, zrazu głosem cichym, przytłumionym, a potem z wyrazu na wyraz tęższym, dźwięczniejszym, mocniejszym, aż wkońcu znów zdławionym, znów chroboczącym, a rwanym.
— Nigdy on tam podobno zdrowia zadość nie miał, — mówił Jerzmanowski. — A w całej prezencji zgoła kawalerskiego impetu mu brakło, że jeszcze wyrostkiem „Płaksą“ go zwano. Toć go pomnę, chudzina rwał się nieraz w zawody iść a rówieśnikom sprostać, lecz gdzie, zadyszał się, zachłysnął i hen, w tyle, za innymi zostawał. Ale ci charakterny był, tedy rad był nietylko za innymi biec, nietylko za innymi po fuzyjkę sięgnąć, lecz bodaj na pierwszego się wysunąć. Żartowaliśmy nieraz u starosty Kozietulskiego z „Płaksy“, a sentymentalności jego rzetelnego figla ucięli, choć lgnęliśmy do poczciwego serca, lgnęliśmy do „Płaksy“, ilu nas razem takich jak on pauprów było. A potem, kiedy już puchy młodzieńcze sypać się nam jęły, a głowy palić, rozegnało nas po świecie. Minęły lata. Przeznaczenie chciało, że co los rozpędził zebrał nasz pułk szwoleżerów. Zeszła się nas cała dawna chłopięca gromadka. „Płaksa“ bodaj że był jednym z najpierwszych. Ledwie z rany uleczon, do zaciągu się podał. A nie na parady szedł, nie na musztry, nie na rewje. Pierwszy do rannego apelu, ostatni do spoczynku. Kompanji swojej nie kapitanem był, lecz ojcem, a pułkowi całemu wzorem. Chwili tchnienia sobie nie dawał. O lada sprzączkę żołnierską się troszczył, a niech gdzie jaką krzywdę szeregową postrzegł, to bodaj do samego marszałka kołatać, byle jego żołnierza w nagrodzie nie pominięto lub mu winę darowano. A jechał ci nieraz tak na skrzydle szwadronu, że zdawało się, iż stu kroków nie ujedzie, a z konia się zwali. Powiadali, pod Tudelą „Płaksa“ takiego kaszlu dostał, że Łubieńskiemu, co go do ambulansu namawiał, ledwie odpowiadać mógł, lecz