Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/230

Ta strona została przepisana.


nem. W pół godziny stajemy przed domkiem, na wzgórzu, za Lanzensdorfem. Wita nas Girardot. Co? Jak? Spuszcza oczy i powiada, do rana pociągnie. Poglądam na Girardota i myślę, że oszalał. Ani mi w głowie uwierzyć medyckiemu krakaniu. Zakląłem w duchu i ruszyłem z impetem do izby. Bywaj mi, „Płakso“! — huczę od proga. W izbie półmrok, a w półmroku na posłaniu skulony cień. Podsuwam się, fantazją nadrabiam, a z „Płasy“ sobie dworuję. „Płaksa“ chwieje głową przyjaźnie, uśmiecha się i deklamuje mi, że dymisję bierze. Dziwnie mi ta zapowiedź w uszach dźwięczy, ale nic pozoru nie daję, a skwapliwie zamiar pochwalam, — chcąc go rozruszać, baję mu o ostatnich naszych sprawach, a nasz przegląd pułkowy w Schoenbrunie, co nam tyle konfuzji uczynił, opisuję. Aż „Płaksa“ za rękę mnie nagle chwyta. — Daruj, Pawle, dymisja nadchodzi, czasu nie wiele zostało, a spraw jeszcze siła. Ciebie chcę obligować, abyś odemnie moim najbliższym pożegnanie przesłał, a reszki mojej żołnierskiej chudoby wyprawił. — „Płakso“, sacrebleu, ten głupi postrzał o gorączkę cię przyprawia! — „Płaksa“ poruszył się, zdjął z ramienia lekko nałożony bandaż i na posiniałą ranę wskazał. — Pewnie że głupi, widzisz, nawet nie krwawi! Ciekła ze mnie psiawiara, aż kropli nie zostało. Dawniej przy lada okazji nawet i gardłem rwała, dziś już i z rany nie chce! Roiłem sobie, że trafię gdzie na swoją ołowiankę, co mi życie za jednym zamachem przetnie. Takiego i kule znać nie chciały. Szczerbiły jeno, co było czerwieni wytoczyły, ot i zeschnąć się trzeba. — Hazardowałeś się, poczciwych rad nie chciałeś słuchać. — Bo nie mogłem, tu, w piersiach paliło, rwało... a dymisja przyjść nie chciała! — Do czarta, pięknego dożyłeś się imienia, sławą nie tylko siebie, ale i cały pułk umiałeś okrywać. — „Płaksa“ wyciągnął ku mnie swe długie kościste a wilgotne ręce i szepnął. — Pawle! Przed tobą chcę się wyznać. Tyś mocny, tyś tęgi myślą i sercem zdrowy, a ja