Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/232

Ta strona została przepisana.


wykonania niepodobnem. Próbowałem tłumaczyć — „Płaksa“ omdlał. Nie wiedziałem co począć, dane słowo paliło. Zasadziłem Girardota przy chorym i ruszyłem do głównej kwatery, do wielkiego marszałka dworu. Duroc wspomniał łaskawie na moje dawne adjutanckie służby, a choć przyzwolenia dać nie mógł, wskazówek nie odmówił i od hazardu nie odwiódł. Ruszyłem dalej bez namysłu i oto jestem, mościa pani!
Pani Walewska, która w ciągu długiej relacji Jerzmanowskiego zdawała się być w marmur zaklętą statuą, odetchnęła głęboko, ciężko. Z ust jej spłynął cichy, drżący szept.
— Panie kawalerze, nie wymieniasz imienia... nie wiem kto, obawiam się domysłów!...
Jerzmanowski pokraśniał, oczy rozbłyszczyły mu wilgotne blaski, oddech zdawał się w piersi zamierać. Przez chwilę, jakby z niemocą wewnętrzną się szamotał, aż wreszcie targnął pendentem i wyrzucił chropowatym głosem.
— Gorajski kona — mościa pani.
Po tem zawołaniu znów cisza zaległa komnatkę. Jerzmanowski głowę na piersi opuścił, szambelanowa stała nieporuszona, zimna, zapatrzona w amarantowe rabaty munduru szwoleżerskiego, tylko snać żywość amarantu ją raziła, bo powieki jej drżały, mrużyły się a chwiały bezładnie jedwabistemi rzęsami.
— Daleko stąd? — zagadnęła raptownie pani Walewska.
— Godzina dobrym kłusem.
— Zdążymy...
— Nie wiem!
— Jadę natychmiast!
Pani Walewska wybiegła z komnatki. Jerzmanowski spojrzał za nią i odchrząknął z impetem. Zaczem dobył chustę z zanadrza i jął spocone czoło ocierać. Lecz snać nielada gorącość ogarnęła oficera szwoleżerów, bo, odsapnąwszy