Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/234

Ta strona została przepisana.


— Nie rozumiem.
— Hm, a przecież nic w tem trudnego! W nocy, z jakimś kawalerem Jerzmanowskim do cierpiącego pana de Gorajskiego!... Może to nawet być nie bez uroku...
— Zdaje mi się że rozporządzam sobą.
— Naturalnie! Tylko, o ile cesarz dowiedziałby się o tej wyprawie, wprawdzie bardzo wojskowej, lecz w twem położeniu dwakroć lekkomyślnej...
— Więc nie pani, lecz ja będę odpowiadała!
— Zapominasz, że jednakże moralny obowiązek zniewala mnie...
— Do namawiania mnie do konszachtów z księciem de Ligny!
Jabłonowska zacięła usta.
— Ale nie do takich wypraw!
Pani Walewska wzruszyła pogardliwie ramionami i wyszła na ganek, nie zważając na złośliwie wykrzywioną twarz księżnej.
Przed gankiem, obok konia Jerzmanowskiego, stały dwa inne podprowadzone przez Domagalskiego.
Szambelanowa skinęła ku oficerowi szwoleżerów i przy jego pomocy usadowiła się na siodle. Jerzmanowski, a za nim stary Domagalski pospieszyli dosiąść swoich wierzchowców.
Jerzmanowski obrócił się ku pani Walewskiej. Ta ostatnia zrozumiała ruch oficera.
— Prowadź waszmość!
Jerzmanowski szarpnął zlekka cuglami i ruszył przodem. Szambelanowa z Domagalskim podążyła tuż za Jerzmanowskim.
Polana napełniła się łomotem kopyt końskich. Okoliczna głąb parkowa odpowiedziała na ten łopot przeciągłym szelestem. Jakieś cienie wyłoniły się z poza gąszczów, jakieś