Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/237

Ta strona została przepisana.


bowała chwili czasu, aby móc całe otoczenie rozeznać. Jerzmanowski tymczasem był tu, jak u siebie, snać każdy zakamarek znając, bo bez wahania do posłania się zbliżył, obrzucił je bystrem spojrzeniem i, jakąś myślą tknięty, ku oknu zawrócił, kędy widniał wyniosły cień.
— Wasilewski, do pioruna! — warknął Jerzmanowski, hamując z wysiłkiem pasję wewnętrzną. — W wielki mundur żeście go opięli!?
— Kapitan tak kazał.
— A cóż Girardot? Lala malowana! Toć go sam kołnierz!... Tfy! Osły jeden z drugim! A... to co?!
— Kawałek gromnicy. Jeszcze po Dziewanowskim kapitanie...
— Tfy — tfy! — pluł z cicha Jerzmanowski, coraz groźniej spoglądając na wyprostowanego, jak struna wachmistrza. — Posiwiałeś bez mała, a szeremere ci chodzi po głowie! Trza było mu na ostatnią paradę jeszcze księdza sprowadzić!
— Według rozkazu... dopiero co odjechał!
— Ksiądz! ksiądz?! — powtórzył niepewnie Jerzmanowski.
— Po chrześcijańsku przecież, po naszemu...
Jerzmanowski machnął niecierpliwie ręką, i zacisnął się w ciemny róg komnatki.
Pani Walewska w tejże samej chwili, opanowawszy mrok, zbliżyła się do posłania, na którem leżał kapitan Gorajski. Zaledwie atoli wzrok szambelanowej padł na twarz umierającego, siły odmówiły jej posłuszeństwa, zachwiała się i na krawędzi łóżka się wsparła, aby nie upaść. Równocześnie oczy pani Walewskiej z bolesnem zdumieniem wpatrywały się w trupio-żółte, nieruchome oblicze kapitana, którego nawet łuny, bijące z amarantowych wyłogów munduru nie mogły ożywić.