Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/24

Ta strona została przepisana.


zastanowienia!... No, szambelanie! Bo tamte urzędy to jeszcze trochę na pstrym koniu prusackim jeżdżą — a wstążeczka zostanie i fraczek szambelański także — chyba, że Bonapartową mość gdzie usieką!
Bolesza parsknął serdecznym śmiechem, rad z własnych konceptów.
Pan Anastazy milczał, zasunąwszy podbródek w jedwabną chustkę i zapatrzywszy się melancholijnie w jakąś dal.
Boleszy to milczenie nie podobało się, pociągnął mocniej z kieliszka, skrzywił się i przymrużywszy oczy, uderzył zlekka szambelana po kolanie.
— Et, dobrodzieju mój, kręć głową, jak chcesz, a powiedzieć sobie możemy, że z nami finis! Żyło się, a teraz trzeba się wynosić do dawnej kompanji! A narzekać niema co, toć były czasy!... Pamięta szambelan Rózię?!... Albo instalację waszmościną na starostwo wareckie, służba lepszy poczęstunek miała, niż ja w tej chwili!... Tak, szambelansiu, parole d’honneur, a wstążeczkę taką godziłoby się uczcić... U Małachowskiego aż huczy od rana, pół Krakowskiego Przedmieścia zagrodzili pojazdami!...
Pan Anastazy drgnął, powstał gwałtownie z fotela. Z ust zaczęły mu się zrywać wyrazy bezładne, czasem trudne do pochwycenia.
Bolesza cmoktał obojętnie wino i dogadywał.
— Krętacze?! — „Podeszli“ — powiada szambelan dobrodziej!? No! — no! Tak ostrobym nie następował! Imć Wybicki głowę ma nie od parady! Ponoć monsieur „Buonaparte“ oficerzątkiem był, jak on w nim korony się dowąchał! Ci nos!... Mój chyba zgoła do maluczkich nie należy... a przecież takowego przeczucia nie miał! Hę!... Pewnie, pewnie, człowiekowi markotno musi być, że w tyle pozostał, lecz co z nas dwojga, ja chyba więcej pokrzywdzony! Niech tam, rankoru nie mam, bom całe życie z zaszczytów kwitował... Choć mi