Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/240

Ta strona została przepisana.


kiem umówionym między nami będzie... Oto, gdybym nie miał sposobności już się z nim widzieć, lub w godzinie śmierci pragnął stwierdzić moje świadectwo, winienem tobie sygnet ten zwrócić... Sygnet ten otworzy ci wrota rodzicowego dworku, a wraz z niemi braterskie ramiona!... Weź go odemnie! Chciałem go przez towarzysza przesłać, lecz wolałem cię uchronić...
— Dziękuję waćpanu! — odrzekła głucho szambelanowa. — Cenię zacność intencji, choć nie imaginuję sobie, abym mogła uciec się do tego czarodziejskiego pierścienia! Między mną a Pawłem...
Gorajski zacisnął kurczowo swe wyschłe palce na rączce szambelanowej.
— Marjo! Na Boga, nie mów tak! Toż brat, toż rodzony, toż miłujący cię! Natura prosta, żołnierska! W legjonach rósł, nie świadom był ani intryg, ani socjety, ani „Blachy“. Grom weń uderzył, nawet honoru żołnierza nie oszczędził! Rozpacz nim szarpnęła! Myślisz, kochać cię przestał, usprawiedliwiać nie pragnął?! We mnie potwierdzenia jego własnych myśli szukał! I znaleźć je musiał. Czasu się domagał, bo sam chciał się zżyć z tem, zrosnąć z myślą! Marjo! Nie lekceważ, nie ujmuj się dumą, toż brat! Może przyjść chwila, że zabraknie ci nagle jego uścisku! Patrz na mnie, ileżbym był lepszym, silniejszym, gdybym miał siostrę, któraby ze mnie żale brać umiała i dzieliła je i tuliła...
— Masz ją! — przerwała z uczuciem pani Walewska, chyląc się do ręki kapitana.
Gorajski uśmiechnął się gorzko.
— Ciebie jednej siostrą mieć nie chciałem!
Paroksyzm kaszlu szarpnął znów piersią kapitana.
Szambelanowa podała mu kubek z napojem.
Gorajski dotknął go ledwie ustami i odsunął.
— Nie ugasi!