Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/249

Ta strona została przepisana.


Kapitan odwrócił się od wachmistrza i do otwartego okna się zbliżył. Hen, po za grzebieniem falistych wzgórz, wschód płonął już, mroki ścierał i granat nieba rozniebieszczał i gwiazdy gasił.
Jerzmanowski ku wschodowi spojrzał, ku obrazikowi zerknął i ścisnęło mu się serce i łza wielka na rzęsach mu osiadła, a myśl pomknęła ku dali wschodu i jęła ścigać lata minione.
I ukazała się panu Pawłowi postać rodzica, imć pana Franciszka, posła łęczyckiego, postać o rysach na stal wykutych, zeschła w sobie, a hardo wyprostowana nawet wówczas, gdy z ławy poselskiej gromy rzucał, protesty wnosił, albo li bez mała całą magnacką potencję przeciw sobie zwalał.
Tak — ta postać nie gięła się przed nikim, nie chyliła głowy przed niczem!... Surowa twarz rodzica nigdy nie okazała słabości, ani jednym muskułem nie drgnęła w najcięższych terminach, w najgłębszych smutkach... Jeno, gdy taka dal sina na skrzydłach wiatru przyniosła do rodzicowej kancelarji echo dzwonu kościelnego, wówczas imć pan Franciszek zbierał się... przed takim oto obrazikiem Częstochowskim na kolana padał i korzył się i łamał póty, aż póki nie powstał znów mocny, nieugięty, hardy!...
Jerzmanowski westchnął, do wachmistrza się nagle odwrócił i, ciągnąc go zlekka za pas ładownicy, ozwał się niepewnie.
— Słuchajno, stary...
— Uważam, panie kapitanie...
— Gdyby na mnie ten... no gdyby...
Wachmistrz łypnął siwemi oczyma.
— Rozumiesz, przecież granat sobaczy... to ty mi także... taki do rąk!... Bo choć umarłemu kadzidło — ale Częstochowskę trzeba, sacrebleu!
Dnia tego Napoleon wstał wcześniej, niż zwykle, tak, że