Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/26

Ta strona została przepisana.


ja tego żądam! Odszukać mi Baptystę!... Wody!... Ruszać mi natychmiast...
Pokojowcy umknęli coprędzej. Pan Anastazy padł na fotel, krztusząc się i dysząc ciężko.
Bolesza pokiwał znacząco głową.
— Ogień, grom, piorun!... Szambelansiu drogi, parole d’honneur daruj poufałość, lecz chyba ze trzy mendle lat się znamy!... Na co tak gorąco!... Ot — zdawałoby się, że wam idzie bardzo o tego Napoleonka!? Najlepiej machnąć ręką, jak ja — bierz licho, co swoje! Rebelja rządzi — dla Boleszy niema miejsca!? Tiek — te! parole d’honneur, powiedziałem, jeżeli imć pan Szczęsny sprawy nie ocalił, to już nikt jej nie uratuje!...
— Mnie — mnie wszystko jedno! Żona wróci... i... dziś... natychmiast... wyjeżdżam!
— Tak?! Proszę... Dokąd?
— Do Walewic, a potem do Wiednia, do Peterburka, wszystko jedno dokąd!...
— Wola wasza, szambelanie dobrodzieju... tylko jabym się jeszcze namyślił, jabym poczekał!...
— Acan masz strawny żołądek!
— Może. Oczywiste dokumentum, że tego cienkusza piję!...
— Mój Bolesza, nie bierz do siebie, ale ty nie rozumiesz! Wyjrzyj, proszę, czy kolebka już wyjechała!
Bolesza podszedł do okna, rzucił okiem na ulicę i odpowiedział obojętnie.
— Ba! nawet już wraca!
— Już, tak prędko! Niepodobna!
— Wraca! Zajechała!... Ale, pani, zdaje się, niema!...
Pan Anastazy zwrócił głowę ku drzwiom. W kilka sekund stanął w nich hajduk.
— Gdzie pani?!
— Powiedzieli...