Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/264

Ta strona została przepisana.


Pan Anastazy rzucił raz i drugi okiem przed się, aż nagle przystanął, otarł czoło spocone, poprawił kapelusza i szepnął do ucha Domagalskiemu.
— Melduj mnie!
— Meldować?!
— Jego cesarzewiczowskiej mości mnie melduj, trutniu, pleno titulo melduj!
Domagalski poczerwieniał, wysunął się naprzód ku piastunce, czapę z głowy zdjął i, srodze wpatrzywszy się w drobniutką twarzyczkę dziecięcia, wychylającą się z białego czepeczka, huknął uroczyście.
— Jaśnie oświecony imć pan Anastazy Kolumna-Walewski, szambelan dworu jego królewskiej mości, orła białego i legji honorowej, kawaler!...
Piastunka i służebna stropiły się.
Pan Anastazy zaś, przysunąwszy się do dziecka, kłaniał się zamaszyście, a kapeluszem wiał.
— Wielce obligowany za honor i zaszczyt! Dawno ważyłem ubiegać się o to szczęście! Splendor, spływający na niskie progi najniższego sługi... waszej...
W tem miejscu szambelan urwał nagle, przerażony energicznym piskiem niemowlęcia. Piastunka z panną służebną jęły dziecko tulić, a uspokajać.
Pan Anastazy złożył pospiesznie kilka niezgrabnych ukłonów i cofnął się.
— Źdźbło takie, jaśnie oświecony panie! — odezwał się Domagalski, spostrzegłszy wzruszenie szambelana. — Nie wie, że żyje, a gdzie mu tam zrozumieć — kruszyna!
Pan Anastazy kłapnął dolną szczęką i zmierzył surowo starego sługę.
— Acan pojęcia nie masz! Niby się napatrzyłeś rozmaitości, a nic ci nie zostało! Zrozumieć! Co ma rozumieć?! Czołobitność cesarskiej krwi! Należy się! A tobie się zdaje, że...