Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/265

Ta strona została przepisana.


że... tak może będziesz sobie jak z pierwszym lepszym bębnem? Hę? Może, może się wam wszystkim zdaje! Hola! Ja was rozumu nauczę!... Respekt! Na pięć kroków ukłon, tyłem się cofaj! Prostak! Andrzejowa, nie mówię... taki obyczaj, ale co zresztą, ani się waż! Ja się tu do was zabiorę! Na cztery wiatry! Pogłupieli! Baptysta zestarzał się, posiwiał i zgłupiał, tyś także zgłupiał... a tu, niech się kto dowie, horrendum! Crimen laesae majestatis!
Tu pan Anastazy otarł pot z czoła, splunął z pasją i, machnąwszy energicznie laską, ramienia hajduka się chwycił i do pałacu zawrócił.
Całe to dziwaczne zajście lękiem przejęło Domagalskiego, a przestraszyło piastunkę, a szczególniej pannę służebnę, która miała surowo nakazane jaknajodludniejsze ścieżki parkowe wybierać i wszelkich spotkań bodaj z dworskimi nawet, unikać.
Lecz zajście to najsilniejsze podobno wrażenie wywarło na świadku niepostrzeżonym, ukrytym za żaluzjami okna pałacowego na pierwszem piętrze.
Świadkiem tym była pani Walewska.
Szambelanowa, która sama wybrawszy marszrutę pierwszego spaceru dla syna w ten sposób, aby z okna swej komnaty na chwilę go nie stracić, a nadto umyślnie godzinę wczesną naznaczywszy, aby nie zakłócić mężowi popołudniowej przechadzki, doznała niespodziewanego wstrząśnienia! I to wstrząśnienia piorunującego, burzącego jej cały gmach wyobrażeń o ex-mężu, o jego zachowaniu się, położeniu obecnem, samolubstwie i zdziczeniu czy zgoła zdziecinnieniu.
Gorzkie tu od jesieni roku zeszłego przeżywała pani Walewska chwile. Tam, w Schoenbrunnie jeszcze, gdy w cichem szczęściu u boku uwielbianego cesarza, w tchnieniach łagodnego października, w swem zaciszu skromnem kryła i swe tęsknoty, i porywy szlachetne, i gorycze, i żale, i ma-