Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/27

Ta strona została przepisana.


— Byłeś w pałacu?...
— Byłem, jaśnie oświecony...
— Mówiłeś pani?!
— Nie dopuścili mnie!... Marszałek pani hrabiny kazał powiedzieć, że jaśnie oświecona pani nie może przyjechać...
— Co?! Nie może! Szubę dla mnie!... Szukać Baptysty!... Jadę sam!... Szubę!...
Szambelan trzęsąc się i chwiejąc, podniósł się z fotela i zmierzał ku drzwiom. Bolesza zastąpił mu drogę.
— Pozwól, kochany szambelanie, parole d’honneur, czy warto?!
— Muszę — muszę!... Tego nadto!...
— Hm, może! — rzekł sucho Bolesza, nie usuwając się z miejsca. — Ale szambelan nie pojedziesz!...
— Oszalałeś acan?!
— Bo... pod Blachę cię nie puszczą!...
— Kto mnie nie puści!
— No, choćby ja!... Szambelan jesteś wzburzony, a pani szambelanowa dobrodziejka cierpiąca...
— Acanowi nic do tego!
— Takby się należało spodziewać, a jednak ponieważ mam ochotę napocząć drugą, lepszą flaszę, więc powinność gospodarska niewoli...
Pan Anastazy spojrzał osłupiały na bezczelnie uśmiechniętą twarz Boleszy.
— Acan jesteś niespełna rozumu!...
— O tem potem! A teraz, parole d’honneur, siadaj sobie szambelan! Bo... będę musiał być niegrzecznym!...
Pan Anastazy rękę wyciągnął do dzwonka, lecz Bolesza uprzedził go.
— Pozwól, kochany mości Anastazy!... Może jeszcze raz zadzwonić!?