Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/275

Ta strona została przepisana.


— W takim razie, zaniechaj pani dalszych wywodów!
— Tylko jedno jeszcze słowo!
— Słucham!
— Jesteś matką jego syna! — szepnęła z naciskiem hrabina.
— Lecz mam prawo mieć i godność, i ambicję, rozporządzać sobą!
— Bezwątpienia — ale nie szczęściem dziecka, bo tu i on ma prawo głosu!... A zatem...
Pani Walewska zacisnęła kurczowo ręce.
— Kończ pani, kończ prędzej!...
— Tylko spokoju, tylko równowagi! O przyszłość idzie! Powiedzże sama, oceń! Jesteś rozwiedzioną, właściwie przestałaś nosić nazwisko męża. Daruj, że roztrząsam! Jakież nazwisko dasz synowi?! Maszże ty prawo odsunąć go od opieki ojca, masz prawo pozbawiać go uścisku ojcowskiego, pieczołowitości, maszże ty prawo nareszcie ojcu nie dozwolić dziecięcia, do którego wlecze go serce?!...
Szambelanowa ukryła twarzyczkę w dłoniach i milczała, pani de Vauban z całym zapałem broniła swego stanowiska.
— Tobie wolno mieć urazę, wolno ci stygnąć w afekcie, wolno powiedzieć, że nie kochasz, że rozczarowałaś się, żeś na ziemię spadła, wolno mu przebaczyć, czy darować winę, którą upatrujesz, ale nie wolno ci zaprzeć węzła skuwającego was. A węzłem tym jest syn, przyszłość tego syna, jego los! Nie zapieram, cesarz roi, że mu sentyment wrócisz, że mu wybaczysz wybuch zazdrości, że wnikniesz w jego własne cierpienia, które go szarpały, ale to rzecz twego pojęcia, twego przekonania, nadewszystko przecież trwoży się o syna, jemuby pragnął przyszłość stworzyć, od złych kolei go osłonić! Tak mi rzecz przedłożono! Droga moja, nie łudziłam się, abyś pierwszemu wezwaniu uległa, abyś tak łatwo przebaczyła, darowała... ale syn, syn!...